źródło: Flickr.comźródło: Flickr.com

Zawsze chciałem robić coś, co daje mi satysfakcję z pracy, w której będę się rozwijał i cały czas odkrywał swoje umiejętności, które gdzieś tam drzemią we mnie w środku. Pewnego dnia przedstawiono mi propozycję robienia biznesu MLM i jako osoba, która zazwyczaj lubi spróbować, żeby później niczego nie żałować, zacząłem działać. Sama idea, pomysł, zasady, możliwości… generalnie wszystko mi się spodobało i w skali od 1 do 10 dałem mu notę najwyższą.

Po zarejestrowaniu się w firmie MLM i rozpoczęciu budowania struktur zauważyłem, że w tym systemie wiele osób, które w swoich firmach sukcesywnie robią awanse w swoich planach marketingowych i są już na wysokich pozycjach, zarabiają fajne, często nawet bardzo duże pieniądze. Jednak niczego nie ma za darmo – w tym biznesie jest identycznie jak w sporcie, żeby dojść do celu, który sobie wyznaczymy, musimy pracować, pracować, i jeszcze raz pracować. Marketing sieciowy wyceni nas tak, jak na to zasłużymy. System jak na dłoni widzi, co jesteśmy warci, a tylko od nas zależy, co mu pokażemy. Lenistwo albo charyzmę i konsekwencję.

Dlaczego wspomniałem o sporcie? Poważne uprawianie sportu ma dużo wspólnego z biznesem MLM – praca nad sobą, uparte dążenie do celu, wytrwałość, wykorzystywanie każdej szansy, która nas otacza, ciągły rozwój. W marketingu sieciowym też musimy mieć zgrany zespół, który zbudujemy i będziemy z nim kooperować po to, aby tak jak np. w drużynie piłkarskiej, każdy zawodnik miał satysfakcję z tego co robi, aby się rozwijał, no i żeby osiągał coraz większe sukcesy. Tak jak w sporcie w biznesie MLM nie wystarczy fakt, że się zapiszemy i będziemy. Sama wiedza na temat tego biznesu czy o produktach to stanowczo za mało aby odnieść sukces i spijać śmietanę. Aby nasze dzieło rozwijało się płynnie i było nagradzane medalami w postaci coraz wyższych awansów, musimy wiedzieć jak pracować z ludźmi, z całym zespołem, a taką wiedzę powinien nam przekazać upline, który nas do biznesu wprowadził. A my powinniśmy go słuchać jak trenera sportowego. Bez niego ani rusz. Tego nie nauczymy się nawet z najlepszych podręczników.

Bardzo ważnymi dla mnie spostrzeżeniami są również spore różnice jakie zauważyłem pomiędzy tym alternatywnym modelem generowania dochodu, a biznesem klasycznym. Kiedy porównamy MLM do firmy tradycyjnej, zauważymy kilka poważnych rozbieżności technicznych. W klasycznym biznesie jesteśmy odpowiedzialni praktycznie za wszystko, co wiąże się z dużymi kosztami prowadzenia działalności – począwszy od rozruchu firmy, poprzez wszelkie kwestie związane z zaopatrzeniem i logistyką, aż na procesie sprzedaży i obsługi klienta kończąc. W MLM jest zupełnie odwrotnie – odpadają duże inwestycje na starcie, koszty, bo tak naprawdę tym wszystkim zajmuje się firma matka, z którą współpracujemy. To ona jest odpowiedzialna za towar, wysyłkę, księgowość, szkolenia…

Co ważne, dzięki temu niezależny przedsiębiorca oszczędza jakieś 80% czasu, który może przeznaczyć na pozyskiwanie nowych klientów i rozwój swojej struktury. Dzięki pracy w MLM możemy nauczyć się wielu ciekawych, przydatnych w każdej dziedzinie rzeczy – prezencja, występy publiczne, negocjacje, techniki sprzedaży, asertywność… Na spotkaniach i szkoleniach przekazywana jest naprawdę praktyczna wiedza, która przyda się każdemu nawet, jeśli w przyszłości zdecydujemy się robić totalnie co innego. Czy to nie tak samo jak w sporcie? Przecież wszystko co człowiek podczas treningów i zawodów doświadczył, nabył, zostaje w nim do końca życia.

W ramach podsumowania: w multi level marketingu można wygenerować wspaniały dochód pasywny, który będziemy otrzymywać bez późniejszego nakładu pracy, ale żeby tak było, najpierw trzeba na to zapracować… Bez pracy nie ma kołaczy.

Łukasz WłodarskiŁukasz Włodarski