źródło: flickr.comźródło: flickr.com

Czy jest to jeszcze możliwe i jakie może mieć to skutki dla e-commerce? Z tym zjawiskiem mamy do czynienia od dawna. Klient odwiedza sklep, wykazuje duże zainteresowanie produktem, zadaje dużo pytań, testuje możliwości sprzętu i wszystko wskazuje na to, że już za chwilę dokona zakupu. Niestety, gdy sprzedawca jest już przekonany, że za chwilę sfinalizuje transakcję, okazuje się, że klient woli nabyć produkt w sieci. To zjawisko, które niedoczekało się jeszcze swojej polskiej nazwy, w Stanach Zjednoczonych nazywa się showroomingiem.

Dlaczego klienci wolą robić zakupy w sieci?

Powód takiego zachowania jest prozaiczny, chodzi oczywiście o niższą ceną. Czasami oszczędności mogą sięgać nawet 20% ceny produktu i to bez specjalnych zniżek. Dochodzi jeszcze do tego wygoda, jaką zapewnia wybór jednej z wielu dostępnych opcji płatności. Klienci cenią sobie też możliwość dostawy do domu, co eliminuje konieczność przewiezienia we własnym zakresie lub za dodatkową opłatą, zakupionych towarów do miejsca zamieszkania. – Sklepy internetowe mają jednak ograniczenia. Podstawowym i jednocześnie będącym przyczyną showroomingu jest brak możliwości przetestowania produktu przed zakupem. Oczywiście, w sieci można przeczytać jego recenzje, obejrzeć filmy z unboxingu (materiały spontanicznie tworzone przez użytkowników, pokazujące proces rozpakowywania nowo zakupionego produktu). Nie brakuje też dyskusji na forach, jednak internet nie jest w stanie i prawdopodobnie nigdy nie pozwoli nam przetestować urządzenia „w akcji” – mówi Mariusz Wesołowski, analityk serwisu DeCommerce.pl. Taką możliwość dają jedynie tradycyjne sklepy oraz kompetentny sprzedawca.

Producenci bronią tradycyjnych sklepów

Zjawisko showroomingu negatywnie odbija się na dochodach właścicieli sklepów tradycyjnych. Dlatego w ich obronie postanowili stanąć sami producenci. Samsung i Sony jako pierwsze zdecydowały się pomóc sklepom offline. Firmy wybrały najprostsze rozwiązanie – ograniczenie konkurencji cenowej w sektorze telewizorów. Oczywiście, stosowanie się do nowej polityki jest dobrowolne. Jednak ignorowanie cen minimalnych, ustalonych przez producentów może skutkować pewnymi konsekwencjami, o których firmy nie chcą na razie mówić.

E-sklepy dadzą sobie radę

Powodem niższych cen w sklepach internetowych są oczywiście niższe koszty stałe. Nie muszą one płacić za wynajem salonu w atrakcyjnych częściach miasta, nie muszą też zatrudniać dużej liczby pracowników. Konkurencja cenowa jest wyniszczająca i z zasady wygrywają ją tylko te firmy, które w dłuższym okresie czasu są w stanie finansować swoją działalność z rezerw. Dlatego też coraz mniej jest małych sklepów z elektroniką użytkową, które zwyczajnie nie były w stanie się utrzymać. Same sklepy internetowe, nawet jeśli będą narażone na sankcje ze strony producentów, takie jak np. blokada sprzedaży, mogą sobie łatwo z tym poradzić. Wystarczy, że skorzystają z usług pośredników, których na rynku nie brakuje. – Ustalanie cen minimalnych dóbr konsumpcyjnych zawsze prowadzi do nadwyżki, gdyż ich wartość jest ustalona powyżej oczekiwań konsumentów. Prawdopodobnie doprowadzi to do spadku popytu na produkty tych firm. Ciężko jest też przewidzieć czy spadek zainteresowania zostanie zrekompensowany przez większe ceny i podwyższy lub chociaż utrzyma na takim samym poziomie zyski właścicieli sklepów offline – wyjaśnia Mariusz Wesołowski z DeCommerce.pl.

Taka sytuacja będzie też dobrym momentem dla innych producentów, którzy wcale nie muszą być zainteresowani dobrem właścicieli sklepów i wykorzystają go na agresywną walkę cenową. Już niedługo dowiemy się, czy proponowane rozwiązanie pomoże, czy zaszkodzi właścicielom sklepów stacjonarnych i jego autorom.