Syndrom milionera w biznesie MLM

przez Maciej Maciejewski

Z niezrozumiałych dla mnie powodów, ilekroć ktoś zaczyna działalność w branży sprzedaży bezpośredniej i marketingu sieciowego, znajomi takiej osoby zaczynają się z niej naśmiewać pytając czy już została milionerem. A paradoksalnie nie ma takich żartów i pytań, kiedy ktoś idzie na etat, otwiera swoją hurtownię, restaurację czy zakład mechaniczny lub stolarski… Dlaczego ludzie śmieją się z systemu MLM? Bo nie wiedzą, o co w tym chodzi!

Wygląda to tak, jakby w stosunku do systemu MLM nie było społecznego przyzwolenia na zarabianie normalnych – w rozumieniu przeciętnego Polaka – pieniędzy. Chociaż niewątpliwie wśród nich jest wiele takich osób, które zaliczyły sześcio i nawet siedmiocyfrowe dochody, a tysiące zadowalają się zarobkiem rzędu trzy, pięć czy dziesięć tysięcy złotych. Nie rozumiem. Co w tym złego, żeby zarabiać np. pięć tysięcy złotych, ale bez bycia zmuszanym do wstawania o godz. 5:00 czy 6:00 rano i męczenia się w korkach jadąc do pracy, zamiast spania tak długo, aż przestaniesz chcieć spać?

Albo możliwość planowania swojego czasu i samodzielne decydowanie o tym, kiedy pojadę na wakacje. Zarabianie średniej krajowej z możliwością łączenia pracy z wychowywaniem dzieci, zamiast oddawania ich do dziecięcego więzienia. Ups. Chciałem powiedzieć żłobka czy przedszkola. Wygodna sytuacja spotykania się z szefem na swoich warunkach tylko wtedy, gdy patrzę w lustro, albo robię sobie selfie. Komfort oderwania się na miesiąc albo dwa od swojej pracy ze świadomością, że mój wybudowany raz biznes poradzi sobie beze mnie przez jakiś czas.

Kiedy o tym piszę, przypomina mi się historia mojej bardzo dobrej znajomej, która przez trzy lata zbudowała dosyć dochodowy biznes, generujący zarobki rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie. Pewnego dnia w wyniku komplikacji dentystycznych podupadła na zdrowiu tak mocno, że nie mogła w żaden sposób angażować się w biznes. Praktycznie nic nie mogła robić. Była – jak to mawiają Amerykanie – wyautowana. Ale ponieważ popracowała wcześniej ciężko przez sezon, mogła sobie pozwolić na dłuższą, prawie dwuletnia przerwę, bo zbudowany system MLM płacił jej za to, co zrobiła wcześniej.

W marketingu sieciowym nie zawsze chodzi o stanie się milionerem. Czasami w życiu zwyczajnie ważniejszy jest styl życia. Możliwość pracowania gdzie chcesz, kiedy chcesz i z kim chcesz oraz jeśli chcesz, czy tak jak w przypadku mojej znajomej, jeśli możesz.

Moim skromnym zdaniem, network marketing to naprawdę ostatni bastion wolnej przedsiębiorczości, gdzie dla zwykłych ludzi mogą wydarzyć się niezwykłe rzeczy.

Autor tekstu jest dyrektorem regionalnym w polskiej firmie Souvre. To weteran branży marketingu sieciowego zajmujący się tym modelem biznesu od 2005 roku, mieszkając jeszcze wtedy w Stanach Zjednoczonych. Kilkanaście lat temu importował amerykański projekt MLM (MonaVie) do Polski, a dziś – jako dumny dystrybutor firmy network marketingowej Souvre podjął się misji eksportowania polskiego projektu na rynki zagraniczne. „Dziś Polska, Anglia i Włochy, jutro cała Europa, a potem cały świat” – twierdzi.

Mogą Cię również zainteresować