Gwóźdź do trumny czyli jak zabić ideę zanim powstanie

przez Katarzyna Mazurowska
412 odsłony

25.06.2008: Gwóźdź do trumny czyli jak zabić ideę zanim powstanie   Wielu menedżerów i biznesmenów wolny czas spędza na wodzie. Wędkowanie, windsurfing, żagle.

Argumentują, że jednostki pływające zajmują kawałek dna, choć unoszą się na wodzie. Do tej pory armatorzy płacili tylko za nabrzeże, do którego przycumowany jest statek. Woda jest własnością Skarbu Państwa, więc to, co jest pod nią też. Trzeba, więc płacić i to nie mało. Właściciele jachtów, żaglówek i innych jednostek pływających uznali decyzję zarządów gospodarki za absurd.

Urzędnicy z Ministerstwa Środowiska gwarantują, że przepis ten ma bardzo dokładne umocowanie prawne, ma więc prawo być egzekwowany. Łodzie traktowane są jako pływające nieruchomości do opodatkowania według filozofii, że jeżeli ktoś stoi na wodzie to używa też dna pod tą wodą (…)”

Pierwsza reakcja to niedowierzanie i śmiech. Może to jednak żart? Ale od 1 kwietnia trochę czasu minęło. Jestem żeglarzem i od trzech lat mieszkam w Holandii. W kraju, który powstał na wodzie i gdzie wszystko kręci się wokół niej. Zasmakowałam w turystyce wodnej, poznałam możliwości, jakie ona daje. Z zainteresowaniem i radością śledzę w Polsce postępy w projektach dróg wodnych (tzw. Pętli) i pomysłu udrożnienia Międzynarodowej Drogi Wodnej E-70. Oczami wyobraźni widziałam drugą Holandię w Polsce.

Styl życia

Niestety nasza kultura wodna jest poniżej wszelkich standardów. Brak zaplecza, infrastruktury, wytyczonych torów wodnych, map itp., itd. Wszystko to zniechęca i wręcz uniemożliwia pływanie po polskich wodach. A mamy ich sporo.

Turystyka wodna jest o wiele tańsza od tradycyjnej lądowej i bardziej przyjazna środowisku (o ile zapewni się dla niej odpowiednie zaplecze). Rynek sprzętu wodnego w Polsce wcale nie jest bogaty. Polscy producenci łodzi są nastawieni głównie na odbiorców zagranicznych. Trudno im się dziwić.

Wprowadzenie dodatkowo opłaty dennej, czyli kolejnej bariery, zniszczy ideę turystyki wodnej w zarodku. Nie chodzi o to czy przepis jest zgodny z prawem. Chodzi o mentalność! Chodzi o to, czy jest logiczny i jakie będą jego skutki w przyszłości dla kraju, środowiska, turystyki i wreszcie przysłowiowego Kowalskiego? Ta przyszłość nie wygląda zbyt różowo.

Zamierzone projekty Pętli i dróg wodnych mają na celu promocję regionów, zwiększenie dostępności wód dla turystów, propagowanie tego stylu życia, – bo to już nie tylko sport i rekreacja, ale styl życia oraz kultura z całą otoczką.

Absurdalne opłaty spowodują wzrost, i tak już nie niskich cen, za wszelkiego rodzaju usługi i  sprzęt związany z tą dziedziną turystyki i rekreacji. Życiem na wodzie będą się cieszyć tylko bogaci. Niemcy i Holendrzy, którzy są wielkimi miłośnikami wodnych eskapad, nie przypłyną do Polski. Popłyną tam, gdzie jest taniej i gdzie otrzymają usługi na wysokim poziomie.

A przecież nie o to chodzi!

W Holandii utrzymanie jednostki pływającej jest zazwyczaj tańsze od utrzymania samochodu. Podróżowanie i transport wodny również. Większość ludzi ma „coś” na wodzie. Od małych, wiosłowych łódek, przez wszelkiego rodzaju jachty, barki, motorówki, aż do potężnych jednostek za wielkie pieniądze.

Kto pływa po wodzie? – Wszyscy! Dzieci taplają się w małych łódeczkach, na mikroskopijnych żaglówkach (nierzadko własnej produkcji). Dorośli na wodzie odpoczywają po tygodniu pracy. Natomiast seniorzy i emeryci, którzy często przenoszą się na stałe na swoje łodzie, podróżują po kanałach Europy. Sposób na tanie i ciekawe życie.

Co spowodowało tę ogólnodostępność?

Przede wszystkim niskie koszty utrzymania i użytkowania. Przykład: ubezpieczenie jachtu morskiego o wartości 13000 euro to koszt 115 euro/rok. Kolejny przykład – całoroczne miejsce w porcie macierzystym to ok. 1000 euro/rok w zależności od lokalizacji. W cenę wliczone jest: woda, prąd, korzystanie z sanitariatów, warsztat do samodzielnych prac żeglarskich, miejsce parkingowe na auta właściciela łodzi. Na miejscu można zamówić wszelkie prace remontowe i budowlane. Opłata za postój na przystaniach, tzw. Passantenhaven, to koszt 1-1,5 euro za metr długości/ dobę.

Drugi czynnik to przyjazne człowiekowi przepisy. Jednostki rekreacyjnej do 15 m długości nie trzeba rejestrować. Nie trzeba mieć patentów i innych uprawnień w tej klasie łodzi. Holendrzy wychodzą ze słusznego założenia, że „jeżeli ktoś jest na tyle głupi i nieodpowiedzialny, żeby wypływać bez wiedzy i umiejętności na szerokie wody – to nie pomogą mu żadne przepisy”. Cytuję za rodowitym Holendrem.

Trzecim determinantem jest bogata infrastruktura. Wodą można dopłynąć praktycznie wszędzie. Jedyne ograniczenie to wielkość i zanurzenie jednostki pływającej. Kawiarnie, sklepy, hotele nad wodą mają miejsca do cumowania łodzi. Pływające stacje benzynowe są dostosowane do obsługi małych i dużych jednostek. Śluzy i mosty zwodzone umożliwiają przepłynięcie wysokim „patykom”. Co jest ważne – otwierają się w ciągu dnia na bieżąco, nawet dla jednego jachtu.

Dostępność serwisów i warsztatów szkutniczych jest powszechna. Wszystko to jest dostępne dla kieszeni przeciętnego mieszkańca, i to wcale nie zamożnego, nawet na tutejsze warunki.

Co to dało Holandii? Spadek bezrobocia. Powstało tysiące nowych miejsc pracy w produkcji i usługach związanych z wodą – stanowiących głównie małe, rodzinne przedsiębiorstwa. Szkoły proponują nowe kierunki i specjalizacje z gwarancją na uzyskanie ciekawego i dającego korzyści zawodu. Zwiększony dochód z tej dziedziny gospodarki, polegający nie na wysokiej cenie jednostkowej, ale na masowości.

Jakie są korzyści dla środowiska naturalnego? Utrzymanie w stanie żeglownym wód, które użytkowane nie zarastają, są przepływowe i zmniejszają ryzyko powodzi. Wody są przemieszane i dotlenione, co wpływa na lepszy rozwój flory i fauny wodnej. Ptactwo wodne doskonale koegzystuje z człowiekiem. Stworzone rezerwaty i parki krajobrazowe, są udostępnione dla turystów zarówno z lądu i wody.

Korzyści dla nas – przeciętnych obywateli? Miejsca pracy i godziwy zarobek, a co za tym idzie podniesienie stopy życiowej rodziny i dostęp do nowych możliwości rozwoju. Często zapominamy, że państwo jest bogate bogactwem swoich obywateli – głównie klasą średnią, która jest siłą napędową gospodarki. Styl życia i moda przyciąga do klubów wodniackich młodych ludzi – zapewniając im atrakcyjne spędzanie wolnego czasu, udział w regatach i wypady do dalekich krajów. I wreszcie, sposób na aktywne i godne życie na emeryturze.

Podsumowując. Niech Ci, co wymyślili ten przepis i wprowadzili go w życie, spojrzą na to realnie i perspektywicznie. Może na krótkim odcinku czasu przyniesie im zysk, ale w przyszłości ludzie chcący inwestować w szeroko rozumianą „wodę”, będą omijać nasz kraj z daleka. Po co tworzyć wielkie projekty Pętli i dróg wodnych, skoro pozostaną one martwe i nikt, poza kilkoma wybrańcami, nie będzie po nich pływać?

Siedząc za granicą nabijam głowę pomysłami, które chciałabym zrealizować w Polsce po powrocie. Okazuje się jednak, że nasz kraj ani trochę nie zszedł ze starej drogi. Zamiast otwierać się na społeczeństwo – dając mu nowe możliwości, ułatwiając procedury – zamyka się na nie, chcąc dodatkowo wyciągnąć kolejny „grosz” z i tak nie bogatych już kieszeni. Za ten stan rzeczy są odpowiedzialni krótkowzroczni urzędnicy, którzy pomimo otwartej Europy nadal zamykają świat dla Polaków. Quo vadis nautae?

(Katarzyna Mazurowska)

Mogą Cię również zainteresować