Odpływ pokazuje, kto pływa bez majtek

przez Mieczysław Krause
1711 odsłony

Paradoksalnie, w marketingu sieciowym większość liderów ustawia się krótkowzrocznie, jak specjaliści. Koncentrują się na wyciskaniu z zespołu wyników równoznacznych z ich kasą, zamiast siać, podlewać i nawozić, dla zbioru obfitego i stabilnego.

Czy nie martwi Was, Szanowni Networkerzy, że narodowa drużyna piłkarska, pomimo, iż grają w niej artyści klasy Lewandowskiego, Błaszczykowskiego i Piszczka, regularnie okupuje dół tabeli balansując na spadku? I dlaczego Robert nie zdobywa goli dla Polski, choć w barwach Borussii strzelił czołowej drużynie Hiszpanii cztery razy w jednym meczu?

Odpowiedź dał, choć w innej dyscyplinie – żeglarstwie – John Bertrand, kapitan zwycięskiego, australijskiego jachtu w najpoważniejszych regatach świata – Pucharze Ameryki 1983. Pobił wtedy gospodarzy, po raz pierwszy w ponad 100 letniej historii regat. Bertrand wygrał, bo – jak powiedział:

Amerykanie mieli załogę mistrzów, ale my mieliśmy mistrzowską załogę.

Więc nie wystarczy wrzucić kilka gwiazd do jednego wora i spocząć na laurach, czekając na wygraną – to dopiero początek, a nie koniec drogi do zwycięstwa. Lecz na czym polega różnica? I co buduje mistrzowskie zespoły? To kwestie kluczowe nie tylko w sporcie – również w biznesie, a w marketingu sieciowym szczególnie.

Gdy pytam networkerów, tych „z góry i dołu tabeli”, w jakim celu działają w marketingu sieciowym, są zaskoczeni oczywistością kwestii: „no przecież dla kasy!” Czyli zarabiania pieniędzy. Od żadnego nie usłyszałem, że działa w celu zbudowania aktywów – dóbr materialnych i niematerialnych z nadwyżek zarobionych w MLM, by produkowały dla niego pieniądze. A przecież dopiero pieniądze z aktywów to prawdziwy, bezterminowy dochód bierny, niezależny od aktywności własnej i zbudowanej przez siebie sieci. Niezależny nawet od jej istnienia. Bo – wbrew nawijaniu makaronu na uszy, jakże często nawijanym w network marketingu w celach „motywacyjnych” – dochód z konsumpcji przez sieć nie jest trwałym dochodem biernym. Bez nieustannego mobilizowania spada i w końcu zanika.

Podobnie przebiegają rozmowy, gdy pytam o stosunek networkerów do bogactwa i jego budowania. Otwierają oczy, jakbym zagadał po turecku, albo grecku. A przecież dopiero bogactwo jest stanem kieszeni i umysłu, pozwalającym żyć we własnym stylu, niezależnie, godnie, ciesząc się gronem przyjaciół, których ludzie bogaci mają więcej, w dodatku szczerszych.

Co taki stan świadomości środowiska oznacza? Wg mnie, po pierwsze, brak zrozumienia, że bogatym czynią nie zarobki, niezależnie od wysokości, a posiadane aktywa. Po drugie, że networkerzy – nie wiedząc na czym polega bogactwo – nie dążą do niego. Nie dąży się bowiem do tego, o czym się nie wie. Pomijam polski przewrotny, pomieszany z grzesznym pożądaniem, wstręt do bogactwa. I kółko się zamyka – o ile wiem, nie ma w ojczyźnie bogaczy, żyjących ze zbudowanych poprzez network aktywów. Oczywiście jest kwestia stanu posiadania, czyniącego bogatym. Dla jednych to 20 brudasów (jak dawniej nazywano stówę), dla innych 20 dużych baniek, czyli melonów. Ciekawym, w którym miejscu skali Wy, Szanowni Czytelnicy, ustawiacie swój kursor?

No i zestawmy – mistrzowski zespół i dążenie do bogactwa, dwie nogi networkowej rzeczywistości. A to na bazie kwadrantu przepływu pieniędzy Kiyosakiego (jak ktoś nie zna – niech obejrzy 20-minutową serię wideo na www.biznes21wieku.pl). Po lewej stronie kwadrantu, oprócz Pracowników, występują Samodzielni Specjaliści, „robiący wszystko najlepiej”, nie ufający nikomu. Nie budują zespołów, bo – nie wierząc innym – nie widzą sensu trudzić się znajdowaniem ludzi, szkoleniem i motywowaniem. Nie chcą pomagać innym – i to jest najważniejsza różnica pomiędzy samodzielnym specjalistą a biznesmenem, działającym po prawej stronie  kwadrantu. Biznesmen bowiem, by stworzyć zespół, ma pomaganie ludziom wpisane z definicji. Druga różnica jest taka, że specjalista pracuje dla pieniędzy a nie aktywów, więc trudno mu zostać bogatym (chyba, że pracuje w drogówce). A biznesmen dąży do zbudowania aktywów, wykorzystując dźwignię finansową zespołu, która zwielokrotnia jego wysiłki. O ile specjalista jest pieniędzmi zaślepiony (przysłowiowy „adukat”), to biznesmen wie, iż kasa jego i ludzi jest rezultatem wcześniejszej pracy nad doskonaleniem zespołu.

ReklamaReklama

Paradoksalnie, w marketingu sieciowym większość liderów ustawia się krótkowzrocznie, jak specjaliści. Koncentrują się na wyciskaniu z zespołu wyników równoznacznych z ich kasą, zamiast siać, podlewać i nawozić, dla zbioru obfitego i stabilnego. W podejściu „specjalistycznym”, lider ze sztywnym palcem wskazującym kreuje się na „managera zarządzającego ludźmi”, co ich wk…ia i doprowadza do uwiądu zespołu oraz wyników.

Inna kwestia – co zrobić w dążeniu do mistrzowskiego zespołu z kapryśnymi i roszczeniowymi primabalerinami o przerośniętym ego? Życie networkowe i baletowe, a także piłkarskie pokazuje, że wyjściem jedynym i nie zawsze nieprzyjemnym jest je bzyknąć. Boniek o tym wie, ale wie też, że wyrzucając z reprezentacji Roberta i  Kubę, naraziłby się na oskalpowanie, więc – póki co – doi z nich ile wlezie, jak „specjalista”. Tyle, że trwałych aktywów polskiej piłki w ten sposób nie zbuduje.

Ale wróćmy do „mistrzowskiego zespołu” – co go tworzy, że łamie przeszkody niełamliwe? Że osiąga rzeczy niemożliwe? Że wyrywa wygraną prawie-zwycięzcom? Otóż tajemnicą jest wyznawanie przez zespół „kodeksu  honorowego” – zestawu wartości i zasad postępowania, które każdy bez wyjątku członek zespołu akceptuje i stosuje bez zastrzeżeń, do końca. To jest to, co zapewnia zespołowi „wartość dodaną”, przewyższającą sumę wartości poszczególnych członków. To, co cementuje zespół, by działał jak jeden organizm, monolit.

No dobrze, ale co to jest ten kodeks honorowy i co się na niego składa? Otóż to zbiór prostych, potężnych reguł. Różnica nie polega na ich „inności”, ale niezwykłej koncentracji w stosowaniu – jak mawia się w wojsku: „do perfidii”, w każdej sytuacji, bez wahań, niezawodnie. Nie tylko wtedy, gdy jest dobrze, ale i w chwilach próby. Nie dawanie za wygraną, żeby skały srały. Bo z tych co przegrywają, najwięcej rezygnuje o krok od zwycięstwa. Kodeksy różnią się pomiędzy sobą, zależnie od uprawianej dyscypliny, celów i stawki o jaką się gra. Ale w każdym występuje poczucie odpowiedzialności członka za zespół, jego misję i błędy oraz chęć pomagania, wsparcia kolegów przed własną, doraźną korzyścią. Postawa primabalerinom obca, dlatego, by nie infekowały zespołu, trzeba je bzykać na zbity pysk. Oprócz tego – prozaiczna punktualność, wywiązywanie się ze zobowiązań, wspólna nauka, rozwiązywanie nieporozumień do końca „tu i teraz”, praca nad samorozwojem i edukacją oraz wiele innych, zgodnie ze specyfiką działalności.

Tak więc kodeks honorowy buduje zaufanie, jedność i energię. Oddala zgubne emocje, gdy kule świszczą nad głową. W braku kodeksu emocje biorą górę, jest tylko ratuj się kto może w obronie własnej skóry, rozkładające zespół i jego skuteczność.

Tyle o mistrzowskim zespole. A co z drugą nogą – bogactwem? Czym ono się rządzi? Co do niego doprowadza, a co go pozbawia? Otóż wiedza o bogactwie i jego zasady, choć powstawały już 8 tysięcy lat w starożytnym Babilonie, są aktualne i niezawodnie się sprawdzają do dziś. Jest tak, bo nie zmieniła się natura człowieka, jego motywy, postawa i reakcje w obliczu dóbr i bogactwa, dającego władzę. Więc i dla bogactwa obowiązuje „kodeks honorowy”, jako przepis na jego zdobycie, utrzymanie i pomnażanie, tak w okresach prosperity, jak i w kryzysie.

Starożytny, ale do dziś aktualny „kodeks honorowy” bogactwa zawiera urocza książka pt. „Najbogatszy człowiek w Babilonie” autorstwa George’a Samuela Clasona, wydana przez Wydawnictwo Studio EMKA. Jest ona kompleksowym przewodnikiem na drodze do bogactwa i ochrony stanu posiadania, szanując, bez taryfy ulgowej, zasady mądrości i uczciwości. Książka prezentuje też m.in. reguły, o których wyżej.

52 krótkie rozdziały zawierają wszechstronne rozważania dotyczące bogactwa – jego natury, prawideł jakimi się rządzi, zagrożeń. Oraz – co wg mnie najważniejsze – ludzkich zachowań doprowadzających do bogactwa, albo je odganiających. Kto z Was, networkerzy, z ręką na sercu wie np. o potędze procentu składanego? O tym, że jedna złotówka, złożona w funduszu inwestycyjnym o stopie zwrotu na realnym poziomie 8%, podwoi się po 9-ciu latach, więc po 36-ciu latach z 1 zł będzie 16 zł? Długo, prawda? Może lepiej byłoby wypić piwo DZIŚ, jak zjeść kolację za jakiś czas, gdy złotówka się rozmnoży, no nie? Piwo piwem, ale co z emeryturą, bo te 67/62 lat przyjdzie jak z bicza strzelił. Wtedy, aby po nieuchronnym upadku ZUS nie zginąć z głodu i jeszcze mieć na piwo, potrzebny będzie kapitał rentierski min. 1 mln zł. Skąd wziąć taką kupę kasy? Ano – 36 lat wcześniej ulokować na koncie inwestycyjnym jedyne 60 tys. zł, resztę zrobi  czas i procent składany. 

Tu zahaczamy o kolejny aspekt z książki, tj. zdolność odwlekania korzyści, by je pomnożyć, przez psychologów określana mianem inteligencji emocjonalnej. Grupie amerykańskich dzieci rozdano po cukierku mówiąc, że jeśli nie zjedzą go przez 15 minut, otrzymają drugiego. Większość dzieci zeżarła cukierek natychmiast – inne zamykały oczy, śpiewały, kiwały się, byle zapomnieć o leżącym przed nimi łakociu i doczekać się drugiego. Następnie co 10 lat monitorowano postępy i sukcesy życiowe grupy. Ci prędcy klepali biedę, oskarżając o nią kogo się da. Wstrzemięźliwi, zdolni do wyrzeczeń, czyli emocjonalnie inteligentniejsi – osiągali szczyty powodzenia.

Kolejna sprawa – u kogo zasięgamy rady w sprawach finansów i bogacenia się? Popularne wśród biednych, rodem z magla, jest radzenie się szwagra – gołodupca, „bo nie oszuka” oraz „to nic nie kosztuje”. Kosztuje czy nie, pokazują durne tragedie giełdowe albo te typu Amber Gold, gdzie zaślepienie obietnicą zysku wyłącza myślenie.

No i na koniec tych kilka kwestii z książki – co się dzieje z bogactwem, gdy nieokrzesana, dzika chciwość spycha na margines zasady i uczciwość objęte kodeksem honorowym bogactwa? Gdy – byle wycisnąć co się da – wielokrotnie mieli się aktywa i miesza prawdziwe z toksycznymi, by je opchnąć naiwnym, w czym najlepsza jest Wall Street? To się udaje do pewnego czasu, dopóki tego rodzaju globalna dywersja nie doprowadza do globalnego kryzysu, jak ten, w którym tkwimy od 5 lat. Wtedy, w okresach odpływu okazuje się, kto pływa bez majtek. Którą z szacownych instytucji finansowych i firm doradczych zarządzają „kreatywni” oszuści, odzierając je z wiarygodności i dobrego imienia, pokazując ich moralnie gołe, blade tyłki. 

Mogą Cię również zainteresować