W co nie wierzą networkerzy?

przez Mieczysław Krause
852 odsłony

Jakiś czas temu zapytałem liderskie małżeństwo, twórców wielotysięcznej sieci w SUPER FIRMIE (SF – wszelkie skojarzenia uprawnione), o ich prawdziwe przekonania, dążenia i potrzeby. A zrobiłem to ze zdumienia, że po tym, jak zostali przez piramidalne SF bezczelnie wydymani, usiłują mnie namówić na trzeci już w ciągu roku, piramidalno-śmieciowy interes. Tym razem w wydaniu telefoniczno–binarnym, więc SF do kwadratu…

Pytałem w liście, jakie znaczenie mają dla tych sympatycznych ludzi cztery kwestie, wg mnie podstawowe dla każdego networkera o zdrowych, biznesowych dążeniach i bez psychicznych odchyłów. Po pierwsze – wysokość dochodów, po drugie – ich stabilność i długofalowość, po trzecie – profesjonalizm firmy sieciowej, po czwarte – możliwość rozwoju osobistego.

Lecz jak się okazało – zero odzewu, co można tłumaczyć w trójnasób. Niezrozumieniem o co pytam, wstydem z własnej głupoty, wreszcie – innymi celami niż biznesowe, np. wyżywaniem się w „rządzie dusz”, podratowującym samoocenę. Co by z tego nie było trafne, świadczy o niezdolności rzeczonych liderów do wyciągania nauki ze swych pomyłek i błędów. Dominuje w nich prostackie „tu i teraz”, bez wiary w sens długofalowych, konsekwentnych wysiłków, warunkujących prawdziwy sukces w każdym biznesie, MLM-u nie wyłączając. Oni utożsamiają sukces z hucpą, ilościowym spędem, „z którego zawsze coś tam zostanie”, skacząc z kwiatka na kwiatek w poszukiwaniu chwilowych, mizernych korzyści. Wolą takie, zamiast nieporównanie większe, ale odsunięte w czasie – to zdaniem psychologów kwestia inteligencji emocjonalnej.

Jak się odbija na sieci niewiara jej liderów w sens długofalowości działań? Ano, jesteśmy w networku – duplikacją takiej postawy. Niewiara w wytrwałą pracę idzie w parze z wyłączającą myślenie inną wiarą. W to np., że jak guru zza oceanu, w trakcie  „szkolenia” wstrzeli delikwentom w mózg, po przystępnej cenie kilku stów „chip milionera”, to niebawem się nim zostanie. Chłonąc brednie opowiadane przez guru o szansie na wzbogacenie, wzorując się na spekulantach z Wall Street „grających na zniżkę”. Tych samych rodem jak ci, którzy od XIX-go wieku do dziś, dla własnych korzyści prowokowali i prowokują każdy kryzys i konflikt zbrojny w dowolnej skali, mając za nic życie i cierpienia dziesiątków milionów zjadaczy chleba, takich jak nabożni słuchacze guru.

Lecz cóż – cudów „samodoskonalenia” na skróty bez konsekwentnej pracy nie ma. Guru zrobi swoje i odjedzie z kasą, a oni zostaną ze swą biedą, lenistwem i naiwnością.

Na szczęście w szerokiej palecie biznesu trafia do nas zza oceanu nie tylko i nie przede wszystkim manipulacyjny chłam. Tam są i promieniują na cały świat topową wiedzą i pozytywną energią ludzie i ośrodki wartości, profesjonalizmu, moralności. Otwarte i życzliwe wobec tych, którzy chcą uczciwie i z pasją poszerzać horyzonty i biznesowe doświadczenia, dla dobra swego, firmy, branży, kraju. Owszem – dobrze jest, w oczekiwaniu szczęścia wiecznego, mieć czystą duszyczkę – ale jak na dziś, ci biznesmeni wiedzą, iż „moralność może być bardzo dochodowa”. Że podstawowe ludzkie wartości u liderów – otwartość, odpowiedzialność, prawda, chęć dzielenia się „zabawkami biznesu”, wyzwalają w zespołach ogromny potencjał. Że profesjonalizm, rozumiany jako „dopinanie guzików wszędzie gdzie można”, jest jedyną drogą do skuteczności i zwyciężania. Zwłaszcza w czasach jak dzisiejsze, gdy nie wygrywa się o dni jazdy wołami, a o centymetry.

O tym jest ostatnia książka „pomnika consultingu” – Stephena Coveya, zatytułowana „Przewidywalne rezultaty w nieprzewidywalnych czasach”, właśnie wydana przez Wydawnictwo Studio EMKA. Ostatnia książka Coveya w jego życiu, gdyż autor „Siedmiu nawyków skutecznego działania” zmarł w lipcu 2012 roku, po czterdziestu latach doradzania, szkoleń i pisania książek dla tysięcy firm i milionów słuchaczy.

Atrakcyjność „Przewidywalnych rezultatów…” dla zabieganych menedżerów network marketingu rzuca się w oczy jeszcze przed otwarciem książki, a to staranną, płócienną oprawą i zwięzłością – tylko 137 stron eleganckiego formatu. A po otwarciu – zaledwie cztery zasady mówiące, jak nie przepaść „w tych trudnych czasach”, przeanalizowane dogłębnie i przejrzyście, zilustrowane trafnymi przykładami. Stosunek możliwych pożytków do objętości wydania – niezwykły. Zaczyna się od ikony biznesu – „celu”. On jest alfą i omegą skuteczności. Tyle już o nim powiedziano i napisano, ale Covey pokazuje, że nie wszystko. Ważny jest nie tylko cel, ale i cholerna koncentracja na nim, rozwijanie i ciągłe odświeżanie jego świadomości u każdego, od góry aż po sam dół organizacji, nie wyłączając sprzątaczki. Do czego doprowadzić może chwilowa utrata z oczu celu głównego, pokazuje przykład jumbo-jeta, w którym w czasie podchodzenia do lądowania (cel) przepaliła się żaróweczka sygnalizacji podwozia. Piloty tak się zagapiły, że latający słoń opadł wprost we florydzkie bagna, gubiąc setkę ludzi.

reklamareklama

W MLM powszechne jest, że zarządy i liderzy nie tylko nie rozwijają w sieciowym pospólstwie świadomości prawdziwych celów firm (co by niepomiernie zwiększyło zaangażowanie i efektywność), ale uważają, że „to nie jest potrzebne”. Nie wspominając tych, które ukrywają cel z zamiarem oszustwa, jak np. było w SF. A przecież w marketingu sieciowym istnieje wspaniałe narzędzie upowszechniania celu i pomiaru rezultatów – DUPLIKACJA!

Z trzech pozostałych zasad warto zaakcentować partycypację, czyli udział członków zespołu w ocenie rzeczywistości, znajdowaniu rozwiązań, udoskonalaniu procedur. Dostarczenie ludziom takiej możliwości niezwykle ich motywuje i – zapewniając organizacji impuls rozwojowy – zwiększa jej konkurencyjność. Tymczasem w SF, jak niestety w wielu innych firmach MLM, obowiązywała tępa dyktatura prezesa bez horyzontów, pewnego swej nieomylności, zamykającego całej sieci usta. No i SF niezawodnie pikuje w bagno. Prezes zapikował wcześniej, wyrzucony z kokpitu za wyniki.

Mogą Cię również zainteresować