Marzenia się nie spełniają. Marzenia się realizuje! Islandia – najpiękniejsza wyspa świata czyli piesza ekspedycja przez krainę lodu i ognia

przez Maciej Maciejewski
5531 odsłony

To był trekking po najpiękniejszej części Islandii. Zacznę od tego, że tej wyprawy nie da się ani opisać, ani pokazać na zdjęciach, ani ująć w żadnym filmie. To trzeba po prostu przeżyć i zobaczyć na własne oczy. Pooddychać tym świeżym powietrzem, napić się tej krystalicznie czystej wody prosto ze źródła i zatopić wzrok w niekończącym się bezkresie…

Ja to zrobiłam w lipcu tego roku, po raz drugi (i na pewno nie ostatni). Co jest wspaniałego w takiej wyprawie? To, że jedzie na nią gromadka osób, która nie zawsze znała się przed wyjazdem. Dwukrotnie byłam członkiem takiej kilkuosobowej ekipy. Każdy jest unikalny, niepowtarzalny, istny ewenement. Po paru dniach rozumieliśmy się bez słów, choć poznaliśmy się w zasadzie dopiero na Islandii. Wspólny trekking z ciężkimi plecakami po tej zachwycającej krainie nas połączył. Opowieści, żarty, piękno otaczających krajobrazów, ale też i trudne chwile, momenty zwątpienia i rezygnacji. Trud walki.

Do pokonania jest ponad 100 km z ciężkimi plecakami, w nie zawsze sprzyjającej pogodzie, w palącym słońcu, ale i w deszczu zacinającym poziomo i wietrze utrudniającym pokonywanie kolejnego kilometra. Każdego dnia trzeba sobie zasłużyć na odpoczynek, na dotarcie do miejsca, w którym rozbija się namiot. To wszystko sprawia, że taki trekking jest niezapomnianą przygodą.

Droga, którą przemierzyliśmy, składa się z trzech różnych szlaków po najpiękniejszej części tej wyspy. Łączy w sobie zapierające dech w piersi krajobrazy i świetną przygodę, jednocześnie stanowiąc wyzwanie właściwie dla każdego, bez względu na doświadczenie, a to za sprawą zmienności i różnorodności, jaką oferuje. Wędrówka rozpoczyna się spod filmowego wodospadu położonego na klifach dawnego wybrzeża, a kończy się w przepięknych tęczowych górach Landmannalaugar, nieopodal gorącego, geotermalnego źródła, które jest nagrodą. Ale zacznijmy od początku…

Miejsce zbiórki to Reykjavík, stolica Islandii. Tu się wszyscy poznajemy, tutaj weryfikujemy zabrany ze sobą ekwipunek. Każdy kilogram będzie miał znaczenie w trakcie pokonywania długich kilometrów. Pierwszy dzień to próbny trekking. Poznajemy swoje tempo i wytrzymałość, sprawdzamy ciuchy i sprzęt. Pamiętam doskonale, jak za pierwszym razem zachwyciło mnie piękno tego próbnego szlaku, za drugim razem chyba nawet jeszcze bardziej. To jest zaledwie ułamek piękna, jakie Islandia w sobie skrywa.

Kolejnego dnia pobudka wcześnie rano, pakowanie się, składanie namiotów. Ruszamy pod wodospad. Tu zaczyna się nasz szlak. Przepiękna, zielona kraina pełna wodospadów, która w trakcie dnia zmieni się w księżycowy krajobraz pokryty śniegiem. Po kilku godzinach wędrówki docieramy do białej chatki, położonej między trzema lodowcami. To będzie najzimniejsza noc w trakcie całego pobytu na Islandii.

Nad ranem, po wyjściu z chatki ruszamy dalej w głąb wyspy. Po paru godzinach opuszczamy księżycową krainę, aby z powrotem znaleźć się pośród zielonych wzgórz, gdzie nie ma śniegu i można wypocząć w pełnym słońcu. Po przekroczeniu rwącej rzeki mostem na kołach docieramy do krainy uznawanej przez wielu Islandczyków za najpiękniejszy zakątek w tym kraju.

Wypoczęci ruszamy kolejnego dnia dalej. Ciężkie plecaki coraz bardziej doskwierają, ale mijane krajobrazy są rekompensatą za wszelkie trudy wędrówki, którą tego dnia rozpoczynamy od przekroczenia zimnej rzeki wypływającej prosto z lodowca. Nie ma rady: musimy zdjąć buty i zanurzyć stopy w lodowatej wodzie. To nie pierwsza i nie ostatnia rzeka, którą musimy pokonać. Uważamy, aby nie stracić w rwącym nurcie równowagi, co by plecaki pozostały suche. Świetna zabawa. Jak to bywa na Islandii – wszelkie trudy są natychmiast rekompensowane i zmarznięte stopy lądują na mięciutkim mchu. Docieramy do celu i rozbijamy namioty nad strumykiem. Zasypianie przy dźwięku szumiącej wody jest wspaniałą nagrodą za kolejny dzień wędrówki.

Jesteśmy coraz bliżej tęczowych gór i otaczający nas następnego dnia krajobraz wyraźnie nam to pokazuje. Plecaki zaczynają być odrobinę lżejsze przez to, że ubywa nam jedzenia, jednak zmęczenie zdaje się to równoważyć. Przy sprzyjającej pogodzie zatrzymujemy się w pięknym miejscu na posiłek, dając jednocześnie odpocząć stopom i próbując chłonąć możliwie najpełniej to, co nas otacza. W końcu docieramy nad nieskazitelnie czyste i niezwykle lodowate jezioro, nad którym rozbijamy namioty w mięciutkim mchu.

Nad ranem jemy wspólnie śniadanie. Roznosi się zapach świeżo mielonej kawy, która w takim okolicznościach przyrody smakuje rewelacyjnie. Po śniadaniu wskakujemy do jeziora. Nic tak nie wyostrza zmysłów, jak zapierająca dech zimna woda. Po tak rozpoczętym dniu jesteśmy gotowi do ostatniego dnia naszej wędrówki, a mamy do pokonania najdłuższy dystans. Otaczający nas krajobraz będzie się również tutaj zmieniał najczęściej: od zielonej krainy, po całkowicie zimową równinę i doliny, aż po buchające geotermalne źródła, które to będą zapowiedzią przepięknych tęczowych gór. W pewnym momencie dostrzegamy z oddali kres naszej wędrówki. Oczom naszym ukazuje się jednak najpierw rozległe pole zastygniętej, ostrej jak brzytwa lawy, które powstało w wyniku erupcji wulkanu około 1477 r. Musimy się przedostać przez ten labirynt, co jest nie lada wyzwaniem, ale i fajną zabawą na samo zakończenie szlaku. Wreszcie docieramy do kresu naszej wyprawy.

Zrzucamy z siebie plecaki, rozstawiamy namioty i biegniemy do gorącego źródła, które doskonale rekompensuje nam trudy całej wędrówki – wszystkie przemierzone kilometry, wszystkie noszone o własnych siłach kilogramy, każdą niepogodę i każde zwątpienie na szlaku. Moczymy się w źródle parę dobrych godzin, co wytrwalszych zastaje świt. Nie liczymy czasu, odpoczywamy, próbujemy zrozumieć całe to piękno wynikające ze sprzeczności Islandii, z jakim mieliśmy do czynienia w czasie kilku ostatnich dni.

Islandia to kraina lodu i ognia i ten wyjazd doskonale to oddaje. Jednego dnia przedzieranie się przez śnieg po kostki w całkowicie mokrych butach, gdy poprzedniego dnia złapała nas siarczysta ulewa, a kolejnego dnia ostre słońce w zielonej krainie pełnej gęstego mchu. Innym razem mgła tak gęsta, że widoczność spada do całkowitego minimum i ma się wrażenie, że jest się w białym pokoju. Doświadczenie tej różnorodności w połączeniu z przepięknymi krajobrazami w czasie długiej wędrówki z ciężkim plecakiem sprawia, że Islandia już nigdy nie pozostanie mi obojętna. To również sprawiło, że totalnie zakochałam się w tej wyspie. Jeszcze zanim ją opuściłam za pierwszym razem obiecałam sobie, że tu wrócę. Tak też zrobiłam i tak też jeszcze zrobię. A Wam życzę, abyście równie mocno zakochali się w pięknie tej krainy. I tak jak wspomniałam na początku – nie da się tego opisać. Żadne z tych słów nie odda tego, czym jest Islandia. Jedźcie i przekonajcie się sami. Gorąco polecam Wam wyprawę w ramach „Projektu Islandia” zainicjowanego przez najlepszego przewodnika na świecie.  Pozdrawiam, Monika.

Ja też tam byłem. Maciek syn Leszka. Tak, ten jeszcze kilka lat temu mocno schorowany, tłusty wieprz. Dałem radę. Jak było? Monika opisała tę wyprawę idealnie, ale pozwólcie, że dorzucę swoje dwa grosze, bo to dla mnie bardzo ważne przedsięwzięcie, które zmieniło mnie i moje życie na kilku płaszczyznach.

Po pierwsze zakochałem się w tym kraju. Islandia to bajka. Byliśmy w bajce. Mistrzostwo świata. Sztos. Bez żadnych używek wprowadziliśmy się w wymiar totalnie baśniowy. Tylko miłość i Alchemia Przyrody. Królowie życia i król. Teraz przygoda to moje drugie imię. A moja żona na drugie imię ma Przygoda. Amen. Zobaczcie sami relację wideo. Trochę wyszedł taki „film drogi” bez fabuły i bez akcji, no ale cholera tak było:

Po drugie tam ukoiłem swoje emocje i nauczyłem się napawać spokojem. Znaleźć się na islandzkiej plaży i nie popływać w morzu bez względu na fakt, że pogoda łby urywa? Wielu mogłoby zmięknąć, ale nie Maciek syn Leszka. Zaduma. Totalny spokój i zaduma. Alchemia Przyrody. Po prostu. Jeśli chodzi o doznania psychosomatyczne i wszelkie aspekty moralno-duchowe, to tam przeżyłem bodaj najpiękniejszy dzień w życiu. Moje biedne gały jeszcze takich rzeczy nie widziały. Tatry są piękne, Bieszczady, Alpy… Ale co tam się kochani wyprawia to tego się nie da opisać. Tego nie przekaże żadne zdjęcie ani film. To trzeba zobaczyć.

Po trzecie byłem tam z żoną. Prawie dwa tygodnie w jednym namiocie. Bez dzieci. Chwała! Budziłem się rano w malutkim namiocie, zimno jak cholera, ale obok śpi ona. I już dzień zaczyna się fajnie. Idąc do Landmannalaugar zrobiliśmy ponad 40 000 kroków taszcząc na garbach naprawdę ciężkie plecaki. Na stopach wielkie odciski, trudno się szło, ogólnie nogi już miały swoją odrębną, inną tożsamość od reszty ciała. Ale tuż obok idzie ona. Spoglądasz w te oczy i od razu lepiej. Nie ważne jak wolno idziesz. Ważne, że się nie zatrzymujesz, a obok idzie żona. Pewnego dnia wyprawy na Facebooku napisałem tak: „Kończy się piąty dzień naszej bezpruderyjnej, wyjątkowej, zaskakującej wędrówki pieszej po Islandii. Jest ciężko, nie będę ściemniał, ale rewelacyjnie. Doznania wizualne wynagradzają trud. Dla mnie największym bohaterem tej wyprawy jest moja Aga. Bez dwóch zdań. Prawdziwy top lider. Niby zwyczajna kobieta nie uprawiająca żadnego sportu, w pracy zajmuje się dziećmi przedszkolakami, a tutaj no proszę państwa… Dla mnie islandzka bohaterka. Nie dość, że sama sobie świetnie radzi, to jeszcze mnie wspiera i motywuje w trudnych chwilach. I LOVE YOU. AMEN”.

Po czwarte Islandia zaskakiwała mnie każdego dnia coraz bardziej. Każdej godziny. Każdej minuty. Szedłem zmęczony jak cholera, ale nagle zza pagórka wyłaniał się taki widok, że dech zapierał w piersiach i szczęka opadała bezwładnie na glebę. Zakochałem się w tej wyspie. Na Islandii co kilka kilometrów zmienia się klimat i krajobraz. Jest to tak cudowne zjawisko, że wszystko masz w dupie. Nie martwisz się tym, że z butów wylewa się woda, że w plecaku wszystko przemokło, że wieczorem znów rozbijesz mokry namiot i wpełzniesz do zimnego, wilgotnego śpiwora. Tak naprawdę to nie ma różnicy czy to jest full wypas z kaczego puchu za 2 klocki tudzież ortalion za 200 zeta. I tak będzie mokro. Na szczęście jest tak pięknie, że nic Cię nie rusza. Jak to przeżyjesz w górach, to w życiu na nizinach już nic nie zaskoczy. Nic. Zwiedziłem już prawie cały świat. Byłem naprawdę wszędzie. Ale ICELAND to ICELAND. Amen.

Po piąte ukoiłem tam swoje pasje historyczno-kulturowe. Dużo czytałem. Èg heitir Ingólfur Arnarson. Ég er konungur víkinga norðursins. Ależ musiał być zdziwiony pierwszy Wiking, który dopłynął do brzegów Islandii i zszedł na ląd. Według księgi Landnámabók napisanej w XII wieku, skandynawscy żeglarze odkryli wyspę przez przypadek. Wkrótce potem odbyto jeszcze kilka wypraw badawczych, po czym rozpoczęła się kolonizacja. Ingólfur Arnarson jest uznawany za pierwszego osadnika. Był on wodzem z Norwegii, który przybył na Islandię wraz z rodziną i podwładnymi w roku 874. Swoją farmę zbudował w miejscu, gdzie obecnie znajduje się Reykjavík. W ciągu następnych 60 lat w Islandii osiedlili się Wikingowie ze Skandynawii, a także z normańskich kolonii na Wyspach Brytyjskich – Irlandii i Szkocji. Wśród pierwszych mieszkańców znaleźli się również Celtowie. Kolonizacja Islandii może być rozpatrywana w kontekście ogólnej ekspansji Wikingów w tym okresie, związanej z przeludnieniem Skandynawii i brakiem ziemi pod uprawę.

Istnieje również teoria mówiąca, że udział w kolonizacji Islandii mieli Słowianie. Według niej Gardarowi Svafarssonowi, który zimował na Islandii jeszcze przed osiedleniem się tam Arnarsona, towarzyszył człowiek o imieniu Natfarri oraz para niewolników. W drodze powrotnej z Islandii łódź wioząca tę trójkę miała się odłączyć od głównego okrętu i pozostać u wybrzeży wyspy, gdzie rozbitkowie zbudowali dom. Przypuszcza się, że Natfarri był słowiańskiego pochodzenia. Potwierdzeniem tej hipotezy są odnajdywane na Islandii czworokątne półziemianki typu słowiańskiego. Zatem to moja wyspa.

Islandia to raj na Ziemi. Ta wyspa daje nieograniczone możliwości wspaniałych doznań duchowych, mentalnych i krajoznawczo-przyrodniczych. Kraj ten można zwiedzać przez miesiąc, a nawet rok i człowiek każdego dnia będzie mocno zaskoczony. Zszokowany. Mnóstwo najróżniejszych gór, wodospadów, klifów, gejzerów, lodowców, plaż i przeróżnych form geologiczno-etnograficznych niespotykanych w innych miejscach. No i te pieprzone łobuzy maskonury. Islandia jest ostatnim zasiedlonym krajem europejskim. Ale najpiękniejszym. Amen.

Po szóste Islandia wyleczyła mnie z lęku wysokości i przestrzeni. Już się tego nie boję. Lęk wysokości? Jaki kuźwa lęk wysokości? Lęk przestrzeni? Nie pamiętam. Islandia wyleczyła mnie ze wszystkiego. Jak zatem poradzić sobie ze stanami lękowymi? Proste. Nie bój się. Co z tego cholera, że nie umiesz tańczyć albo boisz się pająków? Włącz dobrą nutę i zatańcz z pająkiem. Rock’n’Rolla. Amen.

Po siódme poznałem tam wspaniałych ludzi. Byłbym tępym chamem i świnią, gdybym tego nie zrobił. Muszę to zrobić. Tylko Maciek i Maciek, a przecież nie byłem tam sam. Było nas 10 osób. Zajebista ekipa. Wataha marzeń. Niezawistna dziesiątka. W ogóle nie znaliśmy się wcześniej, poznaliśmy się dopiero w drodze przez Islandię. Niby nigdy nie mieliśmy ze sobą styczności, ale czułem, jak byśmy się znali od czasów średniowiecza. Już z poprzednich wcieleń. Rozumieliśmy się bez słów, a pogawędki w trakcie postojów, odpoczynków czy posiłków odbywały się, jak byśmy od 30 lat pracowali w tym samym dziale, w jednym biurze tej samej firmy. Działo się tak dlatego, że każdy z tej 10-tki to istny ewenement. Każdy delikwent z tej ekipy jest człowiekiem unikalnym, jedynym w swoim rodzaju. Prawdziwe, niezastąpione perełki w nieokrzesanej, wielomiliardowej hordzie homo sapiens sapiens. Każdy inny, niesamowicie inteligentny i nader wartościowy, ale w grupie wszyscy zespoleni, zawsze zwarci i gotowi. A każdy łakomy na podróże i świetną przygodę. Bardzo Wam wszystkim kochani dziękuję za tę islandzką ekspedycję. To była moja najwspanialsza przygoda życia. Nie tylko dzięki krajobrazom, ale przede wszystkim dzięki Wam. Bez Was ten wojaż nie byłby taki sam. Nawet sobie nie wyobrażacie jak się cieszę, że Bóg postawił mi Was na drodze i pozwolił mi Was poznać. Bardzo dziękuję.

No i w końcu po ósme – znów upiekliśmy kilka wspaniałych pieczeni na jednym, wielkim ruszcie. Przed wyjazdem na Islandię ogłosiliśmy zbiórkę pieniędzy na pomoc chorym dzieciom z Afryki, podopiecznym fundacji Help Furaha. Pisaliśmy o tym w tym miejscu. W sumie udało nam się na ten cel zebrać ponad 5 000 PLN.

A jeśli ktoś z moich ziomków jeszcze nie był na podobnym przedsięwzięciu, z całego serca polecam. Czegoś takiego nie zapomnicie do końca życia. Ja zjeździłem praktycznie cały świat, ale ta wyprawa to było mistrzostwo świata. Przewodnik pierwsza klasa. Pełen profesjonalizm, odpowiednie kompetencje, uzasadniona odpowiedzialność i wypływająca z serca pewność. On to po prostu kocha, dlatego jest najlepszy. No i co najważniejsze jest tani oraz skuteczny. Amen. Z tego co się orientuję już ogłosił na FB zapisy na rok 2022. Piszcie bezpośrednio do niego tutaj Maciek Budzich. Na hasło Network Magazyn macie jak w banku 300 zł rabatu od ręki. Pozdrowionka. A teraz pakuję plecak i lecę dalej. Przed siebie. Gdzie? Oczywiście na Islandię. Bo w Polsce nie mogę spać, nie mogę jeść, nie mogę myśleć. Ja chcę tam wrócić. Teraz! Natychmiast! (foto: Maciej Budzich & Maciej Maciejewski)

Bardzo dziękuję wszystkim patronom i sponsorom mojej akcji ICELAND 2021. A WALKING EXPEDITION THROUGH THE LAND OF ICE AND FIRE. Pomagacie ludziom realizować marzenia i spełniać pasje. Niech Wasze firmy rozwijają się prężnie do końca świata I jeden dzień dłużej. Niech Wasi współpracownicy zarabiają prowizje wysokie jak Giewont. Podziękowania dla: Bogumiła Sroka, Żaneta Ściwiarska, COLWAY, FLAVON, LIVIOON, AKUNA, LIFE LINE DIAG, PETS DIAG, FABERLIC, ORGANIC LIFE, S’OUVRE, BUSINESSWOMAN & LIFE, SOSNOWIEC.

PS. Na koniec muszę napisać jeszcze kilka zdań na temat odżywiania podczas takiej wyprawy, gdyż to najczęściej zadawane przez Was pytanie. Ponieważ na takiej trasie nie ma barów ani sklepów, cały dobytek i niezbędne rzeczy trzeba mieć ze sobą. Jeśli chodzi o jedzenie trzeba zwrócić uwagę przede wszystkim na to, żeby było jak najlżejsze i aby można je było przygotować szybko oraz w prosty sposób. Dziś rozwiązań mamy mnóstwo. Świetnie sprawdza się żywność funkcjonalna – to smaczne, gotowe potrawy, które wystarczy zalać wrzątkiem. Podczas naszej wyprawy bardzo fajnie sprawdziły się produkty od firmy Huel. Mieliśmy ze sobą batony, białko oraz dużo szejków i zup. Bardzo dziękujemy firmie za zaopatrzenie nas w żywność. Oto kilka zdań od producenta:

„Wszystkie produkty Huel będą dobrym rozwiązaniem kwestii żywieniowych w podróży. W ofercie są 2 rodzaje proszków, z których można przygotować posiłki w formie sycącego koktajlu oraz proszek ze zbożami, idealny do przygotowania dania na ciepło. Każde opakowanie ma ok 750g i wystarcza na przygotowanie 14-17 posiłków (w zależności od wybranego produktu). Zalecana kaloryczność porcji to 400kcal, jednak produkt można porcjować w wygodny sposób, wg własnych potrzeb kalorycznych. Wszystkie produkty mają naturalny skład, komplet składników odżywczych: białka, węglowodany, zdrowe tłuszcze, błonnik, 26 niezbędnych witamin i minerałów.

Huel Powder (białe opakowanie) to pełnowartościowy posiłek w formie szejka do przygotowania w minutę. Wystarczy wymieszać proszek z wodą w gratisowym shakerze i gotowe! Huel zapewnia idealne proporcje białek, węglowodanów, tłuszczów, błonnika oraz wszystkich 26 niezbędnych witamin i składników mineralnych, a także fitoskładniki, prebiotyki i probiotyki. Smaki: Wanilia, Czekolada, Słony Karmel, Owoce Jagodowe, Kawa, Mięta-czekolada, Banan, Oryginalny, Bez Smaku i słodzika.

Huel Black Edition (czarne opakowanie) to idealnie zbilansowany pełnowartościowy posiłek w formie szejka, ma 50% mniej węglowodanów i 33% więcej białka w porównaniu do Huel Powder. Zmieszaj proszek z wodą w gratisowym shakerze i gotowe! Black Edition ma najwięcej białka (40g) i najmniej węglowodanów wśród wszystkich produktów Huel. Słodzony naturalną stewią, <5% cukru w porcji. Dodatkowo zawiera ekstrakt z zielonej herbaty i kombuchy. Smaki: Wanilia, Czekolada, Słony Karmel, Truskawka ze śmietaną, Kawa z Karmelem, Banan, Bez Smaku i słodzika

Huel Hot & Savoury to danie na ciepło w formie instant bez konserwantów czy wzmacniaczy smaku. To pełnowartościowy wegański posiłek z ryżem, komosą ryżową, warzywami, ziołami i przyprawami. Wystarczy zalać wrzątkiem, odstawić na 5 minut by cieszyć się kompletnym posiłkiem. Smaki: Danie Słodko-kwaśne, Curry Korma, Tajskie zielone curry, Meksykańskie Chilli, Pomidor z ziołami, Curry Madras.

Przekąski: Baton Huel to sycąca, przepyszna i pełnowartościowa przekąska, idealna o każdej porze dnia. Każdy baton zawiera 200 kcal oraz zbilansowany miks węglowodanów, białek, niezbędnych tłuszczów, błonnika, fitoskładników i wszystkie z 26 niezbędnych witamin i składników mineralnych. Baton ma 200kcal.

Huel Complete Protein to kompletny pod względem odżywczym wegański shake białkowy, zawierająca w jednym gramie więcej niezbędnych aminokwasów (EAA) niż serwatka. Wyprodukowano go z pochodzących ze zrównoważonych źródeł, wysokiej jakości składników roślinnych, takich jak białko z konopi, bobu i grochu. Porcja ma 105kcal.” Dokładne informacje tutaj: https://pl.huel.com/pages/the-huel-powder-formula-explained

Mogą Cię również zainteresować